kilogram obywatela

Odchudzanie to walka, która toczy się w głowie, bitwy zaś rozgrywane są na talerzu…

Pisarka też baba i jak każda baba się odchudza. No, wydaje mi się, że każda. Odchudzam się już po raz tysięczny i po raz tysięczny jestem przekonana, że tym razem to na pewno mi się uda, no bo jestem zdeterminowana i – nawet jak na mnie – wyjątkowo gruba. A to wszystko przez książki. Bo wiecie… Weny nie ma, sobie poszła, to zajrzę do lodówki. Może tam się schowała? Jak nie w lodówce, to w szafce. I wiecie gdzie jest najczęściej?

Chowa się w papierku od czekolady. Albo w sreberku po michałkach w białej czekoladzie. I to dopiero w piątym z kolei…

I tak tutaj sobie pisałam tę Lilkę i spółkę, wena, owszem przypełzła, ale jakoś w towarzystwie kalorii. One się bardzo, bardzo lubią. Wena i jej przyjaciółki kalorie (też ma gust!)

No i się zatem odchudzam. Już piąty dzień, więc jestem z siebie dumna.

Nawet zaczęłam chodzić po lesie z kijkami i – o dziwo – to lubię. No ale wiecie, aby sobie humor poprawić, trzeba by w tym lesie wyglądać. Znaczy się winien być jakiś lans. Poszłam na allegro i szukam ubrań nadających się do uprawiania sportu. Niestety brak.

I dlaczego tylu grubych ludzi? Moje drogie, dlatego iż te biedne grubasy nie mają w czym ćwiczyć. Nie ma ładnych strojów do ćwiczeń dla grubasów, a jak już CZASEM się znajdą, to są dla grubasów niskich. Grubasy wysokie, jak ja, muszą siedzieć w domu i zajadać te michałki w oczekiwaniu na wenę.

I taka robota.

Pozostaje nam (grubasom wysokim) paradowanie z tymi kijkami w przykrótkich dresach zakupionych na ryneczku od pani ze skośnymi oczami. Dresy na nodze mają napis „sport” i nieśmiało obawiam się iż nieco karykaturalnie to wygląda.

Ale jeszcze o jednym. A propo’s odchudzania. Nie wiem, czy zauważyliście nowy trend. Już nie słychać o kolejnych dietach-cud, ale słychać o tym, by zacząć od głowy. Zawsze to było słychać, a nie było o tym książek. A teraz są!

Zatem, moi drodzy, na kijki będę dalej chodzić w dresach zbyt krótkich, a teraz idę czytać. O odchudzaniu, a jakże.

I jak tak zaczęłam zwracać uwagę na to co jem to różne rzeczy zaczęły mnie atakować. Atakują mnie niedojedzone jogurty dzieci, niedopite kakao, rozsypane chrupki, okruszki, nadgryzione ciasteczka i słodkie bułeczki. Ratunku. :)

PS. Jak schudnę, napiszę książkę „Jak schudłam dzieści kilo” – i będę bogata.

PS2. Chociaż… Każdy kilogram obywatela z wyższym wykształceniem szczególnym dobrem narodu… To… może nie warto?:)

Posted in Bez kategorii | Leave a comment

Działka, wiosna i takie tam…

Moje koleżanki „po piórze”, albo raczej po klawiaturze piszą o różnych rzeczach, zatem ja też.

Otóż miałam za dużo wolnego czasu, więc kupiłam działkę. Zwykłą działkę ogrodniczą, typu „pracownicze ogródki działkowe”. A dokładniej, kupiliśmy ją wraz z moim mężem.

Myśleliśmy o tym już w zeszłym roku, chcieliśmy kupić tylko w jedynym miejscu tak, by na rowerze przez las, drogą górzystą było nie dalej niż te 6km. Continue reading

Posted in Bez kategorii | 5 Comments

Świąteczne opowiadanie – Wesołych Świąt:)

- Mama i w przedszkolu był Mikołaj. Prawdziwy! – odbierałam córkę z przedszkola, a ona trajkotała bez przerwy – Mamo, tylko wiesz, po co on miał te 3 poduszki na brzuchu? – spojrzała zdziwiona. – Miał aż trzy! Maja widziała, że miał przyczepione takim paskiem. Pani Ola mu potem ten pasek poprawiała i nie było już widać.

O matko. Przed moim czteroipółletnim dzieckiem nic się nie ukryje.

- Może mu było zimno? – próbowałam ratować sytuację. – Albo może go bolał brzuch?- Nie, brzuch go nie bolał. – stwierdziła – Uśmiechał się. Ale wiesz mama, ten Mikołaj nie był stary. Był młody. Continue reading

Posted in opowiadania | Leave a comment

Książka na poprawę humoru

Kochani – dzisiaj fragment opowiadania, które ukaże się w tomiku „Książki moja miłość”. Zachęcam gorąco. Książki poszły do druku, niebawem będzie można je kupić. Moje opowiadanie „Książka na poprawę humoru” tylko w wydaniu papierowym.

 

- A co by pani robiła, jakby pani miała pieniędzy w bród?

- Nic. Leżałabym i pachniała. – wzruszyła ramionami Majka – Co jakiś czas bym wstawała się dopachnieć. I się z życia bym cieszyła! – uśmiechnęła się rozmarzona.

- Nie znudziłoby się pani?

- Hmmm… No może…

- To co by pani robiła?

- Tkałabym gobeliny, czytała i malowała obrazy…

***

Majka, oprócz kruczoczarnych włosów i niesamowitych nóg, miała – jak na filmach zza oceanu – własnego psychoterapeutę. A raczej psychoterapeutkę. Śliczną blondynkę o głosie i spojrzeniu anioła oraz o nogach wcale nie gorszych. Własną, osobistą, do wyłącznej dyspozycji przez jedną godzinę w tygodniu. Za darmo. To znaczy za pieniądze podatników.

Wkręciła się na terapię, intensywną rzec można, mając nadzieję, że pani psycholog z państwowej służby zdrowia za pieniądze budżetowe uzdrowi jej związek z Romeem, jak go nazywała jej siostra.

Za pieniądze budżetowe uzdrowienie było niemożliwe. Pani psycholog odmówiła. Dawała namiary na fachowca, który prywatnie zajmował się uzdrawianiem związków, jednakże Majka po wnikliwej analizie swoich wpływów na konto z firmy odzieżowej, w której walczyła na rynkach wschodnich stwierdziła, że prywatnie uzdrawiać ani siebie, ani Romea, na co dzień zwanego po prostu Darkiem, nie będzie.

Darek za to nie zapłaci, a te wpływy z rynków wschodnich – no cóż – wschodnie były.

***

Maja była kobietą Renesansu. Ze względu na wszystko.

Malowała, robiła te swoje gobeliny, a prócz tego znała biegle trzy, czy cztery języki. Normalnie pozazdrościć.

Z facetami jednak jej zupełnie nie szło. Gdy widziała portki na jednym, czy drugim – stawała się małą dziewczynką niezdolną do jakichkolwiek działań wbrew tym portkom.

Wychowywała się w domu, gdzie matka była bardziej przyjaciółką, niż matką, a ojciec kumplem. Gdy Maja szła do szkoły średniej, wraz ze swoją rok starszą siostrą wyprowadziły się do mieszkania babci. Mogły robić to, co chciały, a że nie chciały robić nic zdrożnego – i tak robiły wszystko, na co miały ochotę.

W każdym bądź razie kawalerów wywalały z domu już przed dziesiątą i oddawały się swoim pasjom.

Majki siostra grała na trąbie, czy innym puzonie, niekoniecznie ku uciesze sąsiadów, a Maja malowała, a potem robiła gobeliny. Czasem do trzeciej w nocy. A potem obowiązkowo do piątej rano czytały książki, wydzierając sobie te lepsze. Wakacje były jeszcze bardziej udane. Chodziły do pobliskiej biblioteki i pożyczały kilogramy książek i czytały. Czasem, gdy dostały najnowszy bestseller w prezencie, czytały na dwie zmiany. Gdy jedna spała, druga czytała. Ale to tylko wakacje. Te, kiedy nie pracowały.

Maja pięć miesięcy temu rzuciła pracę asystentki prezesa w dużej korporacji i stwierdziła, że musi iść za głosem serca.

Głosem serca była firma odzieżowa. Największa chyba. Najlepsza. A przynajmniej tak jej się wydawało. Jak się potem okazało, głos serca bywa zwodniczy. I to bardzo. Zawiódł ją w życiu już dwukrotnie. Zarówno w wyborze pracy, jak i mężczyzny jej życia, do którego głos serca namawiał ją chyba z pół roku, aż w końcu się przestała jemu opierać i z mężczyzną – jakby się wydawało życia – zamieszkała.

Generalnie w życiu Majki głos serca kłamał. Kłamał i oszukiwał ile wlezie. A Majka naiwnie wierzyła mu nieustannie.

Zatem wylądowała w tej firmie odzieżowej, gdzie z pozoru wszyscy wydawali się normalni, ale po dłuższym namyśle było zdecydowanie inaczej. Wszyscy byli tak zastraszeni przez Szefową, że Maja w pewnym momencie się zastanawiała, po jaką cholerę wszyscy tam siedzą zamiast iść gdzieś indziej. Jedynym jej wsparciem był projektant zwany Gustawem. Gustaw okazał się być najlepszym przyjacielem na świecie. Jednak dla bycia mężczyzną jej życia miał jedną zasadniczą wadę. Był gejem.

Majka była zwolenniczką radykalnych posunięć. I w życiu prywatnym i zawodowym.

Albo czarne, albo białe. Szarości nie uznawała.

Jak ci źle – ulotnij się, a jak dobrze – siedź i się ciesz.

Obecnie Majka zdecydowanie nie była zadowolona. Dusza artystki buntowała się w momencie, gdy kazano jej wypełniać w systemie informatycznym miliony tabelek, pamiętać setki numerów i procentowe składy tysiąca ubrań.

No i oprócz tego ten rynek wschodni.

No normalnie dziki wschód.

Chciała się wielokrotnie ewakuować ze swojego stanowiska pracy i zarobkowania, ale tak jak i dała szansę Darkowi, postanowiła dać szansę Firmie. Może jednak znajdzie swoje miejsce w tym gąszczu ciuchów, walających się po podłodze, niemal wszędzie.

Na nic jej zmysł artystyczny, na nic to, że odkąd tylko pamięta dzierga na drutach i szydełku swetry, czapki i szaliki dla siebie i dla rodziny. To, że odróżnia oczka lewe od prawych, wie co to ścieg angielski i pikotka, zupełnie jej się nie przydawało. W jej pracy liczyła się solidność, skrupulatność i twardy tyłek.

Nic z tych rzeczy Majka nie miała. W związku z tym, była chyba najgorszym pracownikiem w historii firmy. I niestety zdawała sobie z tego sprawę.

Jej artystyczna dusza, odziana w ekstrawagancki sweter prawie do kolan nieomal płakała, gdy po raz pierwszy przyszła do pracy i wysoka brunetka ubrana w rajstopy kabaretki, przykrótkie spodnie oraz w coś, co chyba nazywało się bluzką, a tak naprawdę było stanikiem, wielce skąpym i przezroczystym, oprowadzała ją po Firmie.

- Wiesz, tu trzeba mieć twardy tyłek. Jak coś się zawali, nie ratuj nikogo, dbaj o siebie, bo ciebie i tak nikt nie uratuje. – Brunetka swą wypowiedź zakończyła słodkim uśmiechem.

Majka nie zauważyła jej litościwego spojrzenia oceniającego jej ubiór od stóp do głów. Tamta najwyraźniej chciała, by Maja poczuła się jak uboga, na dodatek niechciana krewna, która jak intruz wprosiła się do bogatej rodziny i by zarobić na śniadanie w postaci bułki z masłem, musi harować od świtu do wieczora. Majce generalnie to zwisało. Jej zdaniem Brunetce brakowało tylko błyszczącej lamety i mogłaby z powodzeniem udawać choinkę w Boże Narodzenie.

Po powrocie z Firmy czekał na nią wiecznie naburmuszony Darek, który okazywał niezadowolenie całym swoim jestestwem.

Jestestwo zwykle miało na sobie granatowy dres, często śmierdziało piwem i domagało się pożywienia. Natychmiast. Mówiło również, że jest bardzo zapracowane.

Majka, jako przykładna prawie żona (prawie robi wielką różnicę, jak się miało okazać już za chwilę) przygotowywała strawę, podsuwała ją pod nos i się nie awanturowała.

Do czasu.

Posted in książki | Leave a comment